Spis Treści
Czym jest czarna wołga?
Jesteś tu, bo chcesz wiedzieć, czym jest czarna wołga – ta budząca grozę legenda miejska, którą straszono nas w dzieciństwie, a która do dziś potrafi przyprawić o gęsią skórkę. Może sam pamiętasz, jak dorośli przestrzegali, byś nie rozmawiał z nieznajomymi, bo „czarna wołga przyjedzie i cię porwie”. Ta opowieść, głęboko zakorzeniona w polskiej świadomości, to coś więcej niż zwykła bajka na dobranoc. To symbol naszych lęków, a jednocześnie fascynacji tym, co nieznane i potencjalnie niebezpieczne. Ale skąd wzięła się ta legenda i czy ma w sobie choć ziarno prawdy? Przyjrzyjmy się jej bliżej.
Czym są miejskie legendy i dlaczego w nie wierzymy?
Zanim zagłębimy się w mroczne zakamarki opowieści o czarnej wołdze, warto zrozumieć, czym w ogóle są miejskie legendy. Termin ten, spopularyzowany przez amerykańskiego folklorystę Richarda Dorsona w 1968 roku, opisuje fałszywe, choć noszące znamiona prawdy, opowiastki, które krążą w zurbanizowanym świecie. Pamiętasz historie o krokodylach w nowojorskiej kanalizacji albo piraniach wyławianych z Wisły? To właśnie one!
Taka opowieść ma pozory prawdziwej informacji. Często rozpowszechniają ją media, a obecnie – co chyba nikogo nie dziwi – najczęściej internet. Zwykle tworzy ją anonimowa osoba, zazwyczaj „znajomy znajomego”, co dodaje jej autentyczności. Legenda szybko staje się tematem ożywionych dyskusji, dotyczy zwykle zdrowia, bezpieczeństwa i zawsze zawiera nutę tajemniczości. Co ciekawe, wielu osobom zależy na tym, by prawda o niej nigdy nie wyszła na jaw.
W Polsce miejskie legendy zaczęły zyskiwać na sile na przełomie lat 40. i 50. ubiegłego wieku. Wtedy władze rozpuściły plotkę o stonka ziemniaczanej, rzekomo zrzuconej na polskie pola z amerykańskich samolotów, by zniszczyć uprawy i wywołać trudności aprowizacyjne. W tajnym piśmie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego napisano nawet: „Od dwóch lat prowadzi się w Polsce walkę ze stonką ziemniaczaną, którą wywiad amerykański przerzucił na nasze tereny dla zniszczenia pól kartoflanych i wywołania trudności aprowizacyjnych”. Później nasi rodacy opowiadali o tajnej kolei dla komunistycznych notabli pod Pałacem Kultury i Nauki czy o poniemieckim metrze we Wrocławiu. To były pierwsze kroki w świecie miejskich mitów.
Czarna wołga – początek przerażenia
Jednak to właśnie czarna wołga stała się najbardziej ikoniczną polską legendą miejską. Zaczęła jeździć po naszych ulicach w połowie lat 70. ubiegłego wieku. W tych opowieściach wołgą mieli jeździć Niemcy z RFN, często przebrani za zakonnice, księży, a w innych wersjach – za pracowników SB, a nawet Żydów. Ich cel był zawsze ten sam: porywać dzieci. Zatrzymywali się przy idących ulicą maluchach i wciągali je do samochodu.
Wołga miała swoje charakterystyczne cechy – najczęściej na szybach miała firanki, a czasem, dla zmylenia tropów, brakowało jej tablic rejestracyjnych. Los porwanych dzieci był mrożący krew w żyłach: miano z nich wysysać krew, którą następnie transportowano przez granicę w samochodowych oponach (podobno białego koloru!), przeznaczoną dla niemieckich bogaczy. Zwłoki porzucano na śmietniku.
Te opowieści krążyły w różnych wersjach w każdym polskim mieście, ale jedno się nie zmieniało – w tę plotkę wierzyli nie tylko dzieci, ale również dorośli. Sławomir Nowicki, 50-letni mechanik samochodowy z Łodzi, doskonale pamięta tamten czas. Kiedy plotka ogarnęła jego osiedle, miał 11 lat i mocno wierzył w porwania. „Moja koleżanka opowiadała, że na naszym osiedlu pojawiła się taka wołga, a mieszkałem wtedy przy ulicy Szpitalnej na Widzewie. Najpierw jeździła bardzo wolno, a potem zatrzymała się i koleżanka widziała nawet, jak ksiądz z zakonnicą wciągali dziewczynkę do samochodu. Potem wołga szybko odjechała. Po tej opowieści bałem się sam wyjść na ulicę, a jak już wyszedłem, to ciągle oglądałem się za siebie” – wspominał.
Mariola Czerwińska, 48-letnia ekonomistka z Łodzi, dodaje, że o czarnej wołdze rozmawiano nawet na religii, która odbywała się jeszcze przy kościele. „Nigdy na lekcji nie było takiej ciszy jak wtedy, gdy dyskutowaliśmy o czarnej wołdze, a mieliśmy te 10-11 lat!” – śmieje się dziś. Pamięta też inną legendę z kolonii letnich w Rydzynkach koło Tuszyna, gdzie dzieci powtarzały sobie, że w trzydziestolecie Polski Ludowej Niemcy mają zabić 30 tysięcy polskich dzieci. „Oczywiście Niemcy z zachodnich Niemiec!” – precyzuje. Babcia Marioli, widząc na ulicy czarne auto (niekoniecznie wołgę), zakrywała wnuczce oczy, by nie patrzyła na samochód. Strach był namacalny.
Ziarno prawdy, które wzmocniło legendę
Czy tak silna legenda mogła wziąć się z niczego? Okazuje się, że w tle opowieści o czarnej wołdze kryły się prawdziwe, mrożące krew w żyłach przypadki porwań dzieci w PRL-u, które tylko wzmocniły ogólne poczucie zagrożenia. Przemysław Semczuk w swojej książce „Czarna wołga, kryminalna historia PRL” oraz w artykule w tygodniku „Wprost” opisuje szczegóły tych tragicznych wydarzeń.
Jednym z najgłośniejszych przypadków było zaginięcie Bohdana Piaseckiego, syna Bolesława Piaseckiego – ważnego polityka PRL-owskiego i założyciela stowarzyszenia PAX. Pod koniec stycznia 1957 roku 15-letni Bohdan zaginął, gdy wracał ze szkoły. Świadkowie twierdzili, że wsiadł do czarnej wołgi. Porywacze zażądali od ojca 100 tysięcy złotych i 4 tysięcy dolarów, ale prawdopodobnie nigdy nie zamierzali uwolnić chłopca. Ciało nastolatka odnaleziono dopiero 8 grudnia 1958 roku.
Wcześniej, w czerwcu 1956 roku, Polskę obiegła informacja o zaginięciu trójki dzieci z Kielc: 4-letniej Mirki Sieśkiewicz, jej 8-letniego brata Marka i 11-letniego syna sąsiadów, Janusza Pacana. Dzieci bawiły się na podwórku, pozostawione bez opieki. W poszukiwania włączyło się całe miasto, a później cała Polska. Szybko pojawiły się plotki, że dzieci rzekomo odjechały samochodem. Ciała całej trójki odnaleziono w lutym 1957 roku, zakopane w skarpie piachu. Sprawców nigdy nie ustalono.
Kolejny przypadek, który szczególnie zapadł w pamięć Polakom, to uprowadzenie 3-letniej Lilki Hencel z Warszawy w 1965 roku. Dwie kobiety podające się za daleką rodzinę męża państwa Henclów, poprosiły o przenocowanie. Helena Hencel, po kilku godzinach, wyszła z mieszkania, zostawiając córkę pod ich opieką. Nieznajome opuściły budynek wkrótce potem, zabierając dziecko i wsiadły do taksówki – czarnej wołgi, jak zeznali świadkowie. Choć porywaczki udało się zatrzymać, a mała Lilka wróciła do rodziców, samochodu ani kierowcy nigdy nie odnaleziono. Informacje o tych porwaniach, szeroko komentowane w prasie, mogły być dla wielu dowodem na to, że „coś jest na rzeczy”, a czarne samochody rzeczywiście stanowią zagrożenie.
Ewolucja lęku: od wołgi do czarnej karetki i diabelskiego BMW
Strach ewoluuje, a wraz z nim legendy. Kilka lat temu po polskich ulicach zaczęła krążyć plotka o czarnej karetce, która czasem zamieniała się w busa, a nawet w czarne BMW. Mówiono, że jeździ po polskich wsiach i miasteczkach, porywając ludzi, by wyciąć im narządy do przeszczepów. Tę czarną karetkę widziano wcześniej w Czechach, krążyła po Wielkopolsce, a podobno także koło Szczecina.
Profesor Dionizjusz Czubala, emerytowany folklorysta z Uniwersytetu Śląskiego i specjalista od plotek i legend miejskich, wyjaśniał, że powstają one z naszych lęków. „Całym podścieliskiem tych makroplotek czy – jak niektórzy mówią – współczesnych mitów, jest właśnie lęk. A boimy się różnych rzeczy, trudno nawet wszystkie wyliczyć. Boimy się polityków, grup dominujących, morderców, złodziei, chorób” – mówił profesor. Zauważył, że legendy miejskie nie rodzą się bez przerwy, a ich powstawaniu sprzyjają wszelkie napięcia społeczne i kryzysy polityczne. W wakacje czasem inspirują je media, by ludzi zastraszyć lub zaciekawić.
Plotka o czarnej karetce porywającej ludzi dla organów przewinęła się wcześniej przez inne kraje, np. Czechy, gdzie nawet powstała książka o czarnej sanitce. Postęp medycyny i powszechność transplantacji, w połączeniu z brakiem narządów, wzbudzały strach, że ludzie będą porywani i mordowani, by je zdobyć. Ten wątek powraca w licznych legendach nie tylko w Polsce. W krajach Ameryki Południowej krążyły opowieści o mafijnych grupach z USA, które porywały biedne dzieci i wysyłały do Stanów Zjednoczonych, gdzie pobierano ich narządy. We Włoszech plotkowano o porywaniu kobiet i dzieci w tym samym celu.
W latach 80., po legendzie o czarnej wołdze, opowiadano o grupach porywających ludzi dla nerek. Studenci wyjeżdżali za granicę, spotykali sympatycznych ludzi, którzy oferowali podwiezienie do Polski. Ci usypiali ich narkotykami i wycinali nerki. Dwóch takich studentów miał znaleźć polski kierowca: jeden nie żył, drugiego uratowano.
Historia przypominająca tę z czarną wołgą powróciła w 1999 roku. Tym razem wołgę zastąpiło BMW, a jego kierowcą miał być… sam diabeł. Zatrzymywał się, pytał przechodniów o godzinę, o której potem mieli umrzeć. Opowiadano też o dziewczynie, która cudem przeżyła wypadek samochodowy. Kilka dni przed nim bawiła się w dyskotece, gdzie młody człowiek zapytał ją o godzinę. Dziewczyna twierdziła potem, że zamiast stóp miał… końskie kopyta. Dziś na forach internetowych wciąż dyskutuje się o przestępcach dosypujących narkotyki do drinków w dyskotekach i wycinających nerki.
Inne polskie legendy miejskie: od ukradzionych babć po pumy
„Historia przydarzyła się znajomym kolegi mojego taty” – to klasyczne wprowadzenie do miejskiej legendy. Na portalu Atrapa.net, gdzie dr Filip Graliński z Uniwersytetu Adama Mickiewicza zgromadził wiele takich opowieści, znajdziesz na przykład legendę o… ukradzionej babci. Narodziła się w połowie lat 60. w Anglii i opowiadała o rodzinie, która podczas wakacji w Hiszpanii przewiozła zmarłą babcię w bagażniku. Podczas postoju ciało zniknęło. Z czasem zmieniała się narodowość turystów i kraj. W polskiej wersji rodzina jechała z babcią na beatyfikację Jana Pawła II do Rzymu. Gdy babcia zmarła, aby uniknąć formalności, załadowali zwłoki do bagażnika na dach. Historia miała jeszcze starszy pierwowzór, sięgający czasów wojny i uchodźców.
Psychologowie twierdzą, że z miejskimi legendami jest jak z oglądaniem horrorów: boimy się, ale zawsze nas fascynują. Mamy w sobie twórczą ciekawość, chęć poznania i okiełznania nieznanego. To nieznane powinno być potencjalnie niebezpieczne, a my powinniśmy się go bać, ale ten strach jest przyjemny. Taka plotka rodzi się na zasadzie, że ktoś coś widzi, ale po pewnym czasie te sytuacje zaczynają żyć swoim życiem. Nieprawda powtórzona ileś tam razy zaczyna stawać się faktem lub przynajmniej tematem rozmów. Jak zauważył jeden z łódzkich psychologów, najpierw ktoś mówi, że „wydawało mu się, że coś widzi”, a następna osoba przekaże, że „widział”.
Czarna wołga stała się w pewnym momencie znakomitym narzędziem, które dorośli wykorzystywali do oddziaływania na dzieci. „Baw się blisko domu, pilnuj się, nie rozmawiaj z nieznajomymi, bo może przyjechać czarna wołga i cię porwie” – to była dodatkowa metoda dyscyplinowania dzieci w sferze emocjonalnej.
Od Lenina grzyba po Annę Jantar – legendy, które trwają
Miejskimi legendami są też niemal wszystkie opowieści o skarbach ukrytych w całej Polsce. Kosztowności zakopane w tajemniczych miejscach rozpalają wyobraźnię, stąd ich popularność. Przykładem jest historia o „złotym pociągu”, który miał być ukryty przez Niemców na Dolnym Śląsku, czy Bursztynowa Komnata, której nikt nie odnalazł, choć nadzieja na to odradza się co jakiś czas.
Bohaterem miejskiej legendy może stać się każdy, nawet Włodzimierz Lenin. W 1991 roku w Telewizji Leningradzkiej wyemitowano program, w którym stwierdzono, że Lenin nadużywał grzybów halucynogennych i w efekcie sam stał się grzybem! Po emisji władze partyjne musiały dementować: „Lenin nie był grzybem, bo ssak nie może być rośliną”.
W Polsce pojawiały się opowieści o ocaleniu piosenkarki Anny Jantar z katastrofy samolotu na warszawskim Okęciu w 1980 roku. Niektórzy twierdzili, że tragicznie zmarła artystka miała zostać tak naprawdę porwana przez Arabów – fanów jej urody i talentu. To polska wersja legendy o Elvisie Presleyu, w którą miliony ludzi na świecie wierzą do dziś.
Profesor Dionizjusz Czubala wyjaśniał nam, że mechanizm powstawania, funkcjonowania, a potem wygaszenia plotki jest zawsze taki sam. Na początku towarzyszy jej wzmożona wiarygodność. Przekazują ją ludzie, którzy w nią mniej lub bardziej wierzą. Zaczyna krążyć, często wiele lat, bywa, że z innymi bohaterami. Kiedy zaś żywot plotki się kończy, zaczynamy ją ośmieszać. Charakterystyczne jest, że studenci profesora Czubali najpierw z entuzjazmem opowiadają jakąś legendę miejską, a po roku, gdy ją słyszą, to już wybuchają śmiechem. Bo jeśli o jakimś zdarzeniu słyszymy sto razy, przestaje być ono wiarygodne. Początek plotki jest dramatyczny, koniec komiczny.
Ludzie lubią opowiadać historie, ale „przykro się opowiada te o zwykłym dniu spędzonym w pracy”. Niesamowite i gdzieś zasłyszane uatrakcyjniają przekaz, nawet jeśli sami nie wierzymy, że są całkiem prawdziwe. Miejskie legendy żyją własnym życiem. Opowiedziane raz, są później powtarzane i przetwarzane. Ludzie na chwilę o nich zapominają, by za jakiś czas ponownie przekazywać sobie opowieści o skarbach, tajemniczych łowcach organów czy złowieszczych samochodach szukających małych dzieci. W dobie internetu miejskie legendy mają się dobrze. Sprzyja ich rozpowszechnianiu, ale także uproszczeniu. Dawniej opowiadało się je w zakładach fryzjerskich czy w taksówce. Teraz czyta się w internecie. Jednak, jak wynika z badań, są teraz krótsze i bardziej dosadne. Wcześniej były bardziej złożone i wyrafinowane.
Dlatego nie miej wątpliwości – wkrótce pojawią się nowe miejskie legendy, a my z przyjemnością będziemy się ich bać. Tak już po prostu jest..
